O znakach na ziemi i niebie, przeznaczeniu i naiwności. „Masażysta cudotwórca”, V. S. Naipaul

Jeżeli ktoś twierdzi, że napisze kiedyś książkę, choć sam nawet nie podejrzewa się o odpowiednie umiejętności, znaczy się, że musi ją napisać. Jeśli ktoś twierdzi, że przeznaczony jest do rzeczy wielkich, z pewnością dokona kiedyś czegoś wielkiego. Ganesh Ramsumair, mistyk mówił głośno, że napisze książkę, jeszcze zanim został mistykiem. Ba, napisał pierwsze dzieło będąc nadal tylko kiepskim masażystą. Tak oto układało się życie Ganesha w malutkim światku prowincjonalnej, hinduskiej społeczności wyspy Trynidad na Morzu Karaibskim. Od słowa do słowa, od porady życzliwych znajomych do porady Ganesh najpierw żeni się, następnie zostaje masażystą, pisze książkę, aż w końcu dziedziczy po wuju-pandicie jego uczone pisma i postanawia zostać mistykiem. I właśnie wówczas zły los biedy i braku powodzenia odwraca się od Ganesha. Zyskuje rozgłos jako cudotwórca potrafiący uleczyć każde schorzenie duszy.

Brzmi pięknie i moglibyśmy wręcz uwierzyć, że życiem pandita Ganesha kierowała Ręka Opatrzności, wszechmocny Bóg, na którego on sam tak ochotnie powołuje się w swojej, cytowanej kilkakrotnie  przez narratora, autobiografii. Już w dzieciństwie dla żartu chciano posłać go na bramina. Później wielokrotnie słyszał, że posiada wielkie przymioty duszy i rozumu. Wreszcie największy sukces życiowy odnosi dzięki praktykom mistycznym. Przeznaczenie? Wszystko na to wskazuje. Pamiętajmy jednak, że akcja powieści toczy się na obrzeżach świata – w zapadłej wiosze brytyjskiej kolonii na Karaibach. Tu ceni się każdego, kto ukończył szkoły, choćby i niewiele rozwinęły owe nauki jego osobowość. Tu ufa się w szamańskim tańcom i obco brzmiącym śpiewom religijnym. Tu na przełamanie złej wróżby składa się ofiary z kur. Czy to Opatrzność kieruje poczynaniami Ganesha, czy też trafił on w końcu na sposób wykorzystania nabytej na studiach pedagogicznych oraz z mnóstwa lektur wiedzy tak, aby dotrzeć do prostych umysłów prowincjonalnej ludności? Jak bardzo gra tu rolę przypadek, a na ile Ganesh świadomie rozporządza posiadanymi wiadomościami?

Masażyście cudotwórcyS.V. Naipuala przypisuje się ton ironii i styl karykatury. Niewątpliwie Naipaul opisuje bez specjalnego sentymentu zaściankowość trynidadzkich Hindusów. Są i zawistni, i chciwi, tęsknią za wielkim światem, plotkują i dają się porwać doniesieniom notatek prasowych. Odnajduję jednak w narracji autora specyficzny obiektywizm oraz pewną dozę ciepła wobec swojego narodu. Nie ulega on pokusie jednoznacznej oceny życia Ganesha. Raczej śledzi on jego kolejne wybory, zadając wciąż to samo pytanie: czy to Opatrzność czuwa nad życiem pandita, czy czysty przypadek? Przyszły mistyk niby przeczuwa, że przeznaczony jest do rzeczy wielkich, lecz jak sam przyznaje, nie wie do jakich. Gdy zostaje lokalnym szamanem i zyskuje popularność, którą swobodnie można by nazwać sławą, do Ganesha napływać zaczynają propozycje zaangażowania się społecznego i politycznego. Gardzący pieniędzmi i przywilejami pandit-mistyk trzyma się na uboczu w czasie różnorodnych kampanii, w które wplątują go znajomi, lecz nie uchyla się przed nimi. Czy aby na pewno gardzi on finansową stroną życia, czy po prostu nie interesuje się nią jako i tak dla niego niezrozumiałą? Choć nie widzi dla siebie miejsca w polityce, pozwala na wciągniecie go na listy wyborcze. Choć nie lubi tytułów, przyjmuje kolejne urzędy i ordery. Czy Ganesh, mistyk to przykład powodzenia opartego na filozofii „braku oporu”? Świat toczy się swoim torem, on po prostu idzie drogami, które mu się proponuje? I czy jest to droga do szczęścia?

Jako członek Rady Ustawodawczej, mieszkający już zresztą nie na zakurzonej prowincji, lecz w samej stolicy Trynidadu, Ganesh skłania się do przemyśleń, że nie był dobrym mistykiem. A jednak wydaje się, że to w trakcie zajmowania się leczeniem ludzkich dusz, dokonał rzeczy najdonioślejszych i zyskał największą przychylność ludzi. Do czasu obrania tej drogi, żadne działanie Hindusa nie przyniosło mu ani wymiernych, ani niewymiernych zysków. Gdy z kolei porzuca szamanizm, staje się już tylko kółkiem w wielkiej machinie politycznych przepychanek. Czy autor zadaje pytanie o działanie Opatrzności, a może po prostu o drogę do samego siebie? Kiedy Ganesh Ramsumair, mistyk, staje się sobą, a kiedy sobą być przestaje? I czy powoływanie się na Rękę Opatrzności jest oznaką ufności do życia jako takiego, czy spychaniem odpowiedzialności na siły wyższe, by móc spać spokojnie? Biorąc pod uwagę, że bohater niewiele różni się na początku i na końcu książki, skłonna jestem przyjąć, że Ganesh Ramsumair, cudotwórca, to tylko kolejny naiwny, prosty człowiek, który być może trafił na swój czas, a być może nie walczył z pokusami losu i dlatego zyskuje popularność i pieniądze? I może właśnie tak jest dobrze?

 

Masażysta cudotwórca, V. S. Naipaul

przeł. Maria Zborowska, Noir Sur Blans, 2002 (1957)

do użytku wewnętrznego: 10/10, choć z poprawką, że to debiut

 

Reklamy

Mit o Inannie według Olgi Tokarczuk

Czysta, spokojna opowieść o Annie In w grobowcach świata, postaci fikcyjnej chociaż tak silnej, że aż ludzkiej. Schodzi do krainy śmierci i jako pierwsza powraca z niego. Kocha i cierpi przy tym w skali światowej – jej smutek po stracie umiłowanego sprowadza zimę, jej radość z jego powrotu przywraca wiosnę. Mit o Inannie, bogini  życia, użyczył Oldze Tokarczuk sposobu opowiadania, który nie zna sprzeciwu. Tu można albo wejść całym sobą w historię i zamieszkać razem z bohaterami w ich pełnym cudowności mieście, albo stworzyć własną wersję opowieści. Jak każdy mit, i ten jest kompletny i jak każdy urywa się gdzieś w połowie, dokładnie w momencie, gdy przeradza się w opowieść o czymś zupełnie innym, niż dotychczas mówił. Symbol w tej książce jest żywy, choć tylko na papierze. Postaci – proste, bez zbędnego bagażu dzieciństwa czy wcześniejszych cierpień. Wszystko, jak przystało na prawdziwą historię, dzieje się przed oczami czytelnika i uszami słuchacza tu i teraz, raz jeszcze.

Tokarczuk bardzo sprawnie używa starożytnego, sumeryjskiego, spisywanego jeszcze rylcem na glinianych tabliczkach mitu, by skomputeryzowanemu Czytelnikowi XXI wieku opowiedzieć o ponadczasowych tajemnicach: życia i śmierci, miłości i nienawiści. Wpisuje w dawną narrację miasto o metalowej konstrukcji, pełne ekranów i biurokratów, a  niegdysiejszych bogów ubiera w kostiumy naukowców i filozofów, i w tej scenografii snuje prostą, choć nabrzmiałą znaczeniami historię. Warto ją przeżyć razem z bohaterami, boginiami, ojcami niebieskimi i strażnikami podziemnego królestwa. Poprowadzą nas chętnie, powierzając naszym oczom i uszom swoje przeżycia, popychając je dalej w świat ku kolejnym pokoleniom, by żyły i odnawiały czas. Znów zima nastaje, gdy Inanna rozpacza, znów wiosna rozkwita, gdy Inanna wita ukochanego w progu domu.

Jest to lektura „na raz”. Warto zabrać do pociągu. Uczucie swobodnego przesuwania się w czasie i przestrzeni sprzyja wejściu w mityczny świat Anny In w grobowcach świata. Jednocześnie mamy zapewnione, że wysiadając zastaniemy świat całkiem nowy.

Napisałam na początku, że Anna In to postać fikcyjna, lecz przyznaję – mam wątpliwości. Ktoś, kto sprawia, że niemożliwe staje się możliwe, musi być prawdziwy. Oto właściwa siła każdego mitu, baśni i snu.

Olga Tokarczuk, Anna In w grobowcach świata, Znak 2006

Do użytku wewnętrznego:  8/10 (minus dwa za wtrącanie twierdzeń interpretujących historię. Mit tłumaczy się sam, bez pomocy autora.)

Seks w rytmie Norwegian Wood

Jeśli ktoś jeszcze wątpi, że seks to życie, koniecznie powinien przeczytać Norwegian Wood Harukiego Murakamiego. Obszerna, lecz niezwykle kameralna powieść Japończyka prowadzi nas przez meandry odkrywania miłości przez młodego mężczyznę. Nie jest to łatwe, zważywszy na samobójstwo przyjaciela w czasach liceum, które zaznajomiło go z problemem śmierci i bezsilności wobec niej. Bezsilność ta przekłada się również na życie.

 Tymczasem wokół przeciętnego w jego własnym mniemaniu bohatera krąży coraz więcej kobiet. Dwie deklarują swoje uczucia, reszta idzie z nim do łóżka. Wszystko razem sprawia, że bohater zaczyna poznawać całe skomplikowanie emocjonalne dorosłości. Z jednej strony udaje mu się na bieżąco stawiać czoła problemom, z drugiej czuje się w tym wszystkim zagubiony. I gdzie dzwoni na końcu? Do kobiety. Do której? Tej, która i kocha go, i chce iść z nim do łóżka. Tak naprawdę to jedyna zdrowa kombinacja. Autor to wie, bohater przeczuwa, a my musimy się z nimi zgodzić. Bo przecież tylko kobiety szalone nie potrafią oddać się mężczyźnie. Te igrają ze śmiercią.

Haruki Murakami pisze w ścisłym kontakcie z najsubtelniejszymi obszarami ludzkiej uczuciowości. Odkrywa świat, jakim jest, a nie jakim do oglądamy. Każe bohaterom przeżywać rzeczy, które na co dzień wydają się tylko egzystencjalnymi zapytaniami dobrymi na lekcjach literatury. Śmierć? Daleko mi do tego. Szaleństwo? Dotyczy innych. Seks? No przecież wszyscy wiedzą, o co chodzi. A jednak pośród tego wszystkiego zostaje się samemu jak pośród spieszącego gdzieś tłumu obcych ludzi i można już tylko zadzwonić po pomoc do ukochanej, jedynie rzeczywistej osoby.

Piękna i delikatna, szczera i bezpośrednia opowieść o wszystkim, co w życiu najważniejsze. Czyli dużo o seksie!

Do użytku wewnętrznego: 10/10

Prawdziwe życie

Prawdzie życie Sebastiana Knighta to niedługa powieść Vladimira Nabokova o braciach, gdzie zmarły był pisarzem, a żyjący pisarzem zostaje, by napisać biografię zmarłego. I to właściwie cała fabuła utworu. Krótkie, ale treściwe dziełko Rosjanina zadaje jedno podstawowe pytanie: co to znaczy kogoś znać? Pojechać do tych samych miejsc? Spotkać tych samych ludzi? Zgłębić jego dzieciństwo? Może wystarczy przeczytać jego książki?

Nabokov to pisarz poważny i nie zostawia Czytelnika w gąszczu domysłów. W ostatnim akapicie podsumowuje przemyślenia bohatera, ubierając je w formę prawdy tyleż uniwersalnej, co prostej. Chociaż sylwetka zmarłego brata jawi się żyjącemu nie mniej mgliście na końcu jego poszukiwań, co na początku, to jednak zyskuje poczucie zbliżenia się do niego. I to musi mu wystarczyć. Czytelnikowi także, bo chyba nie sądził, że zyska odpowiedź na pytanie: kim był Sebastian Knight? I chyba nie sądził, że to Sebastian Knight jest tematem utworu?

W niedługim tym dziele każdy znajdzie coś dla siebie. Są pytania o uniwersalne wartości, miłość i przeznaczenie, jest i śmierć, i życie – to prawdziwe. Są też odwołania do teorii literatury, jeśli ktoś lubi bawić się w analizowanie akademickie, chociaż sam Nabokov zdaje się tu z tego typu wysiłków pokpiwać. A wszystko podane w formie powieści drogi. Odwiedzamy mnóstwo miejsc, spotykamy cały szereg najrozmaitszego pokroju ludzi, zadajemy pytania jak detektywi oraz dajemy ponieść się przypadkowi. Właściwie fabuła toczy się od przypadku do przypadku i tylko dzięki nim, co każe podejrzewać, że są one precyzyjnie zaplanowane przez jakieś odgórnie panujące przeznaczenie (choć niekoniecznie pisane wielką literą). I chyba na tym polega prawdziwa przygoda głównego bohatera. Tak, jest to zdecydowanie książka przygodowa!

Spokojna, czysta i zdyscyplinowana literatura dla myślących. Polecam!

Do użytku wewnętrznego: 10/10